|
- Czy klinika lecząca nasze dzieci chore na raka będzie zlikwidowana - odpowiedzi na to pytanie domagali się rodzice małych pacjentów od dyrektora Dziecięcego Szpitala Klinicznego. Pracujący tam lekarze z końcem marca odejdą z pracy, a on nie potrafi ich przekonać do wycofania wypowiedzeń.
Przez niemal dwie godziny kilkudziesięciu rodziców rozmawiało we wtorek z Jerzym Szareckim, dyrektorem DSK. Chcieli się dowiedzieć, jaki będzie los ich dzieci leczonych w klinice hematologii i onkologii dziecięcej. Już wkrótce mogą z niej odejść lekarze. Przypomnijmy, że w ostatnich dniach grudnia ubiegłego roku medycy z kliniki złożyli wypowiedzenia z pracy. W ten sposób starali się wymusić podwyżki pensji. Ich śladem poszli lekarze z innych oddziałów. Jeszcze w niedzielę wydawało się, że kryzys został zażegnany - związki zawodowe podpisały wówczas z dyrekcją wstępne porozumienie. Według niego starszy asystent w szpitalu ma otrzymywać podstawową pensję 3800 zł brutto, asystent 3300 zł, a młodszy asystent będzie zarabiał 2800 zł. Nauczyciele akademiccy, zamiast na 0,1 etatu mają teraz pracować na 0,5 etatu. Do tego każdy lekarz za poradę udzieloną w przychodni przyklinicznej otrzyma dodatkowe pieniądze. To porozumienie dyrekcja traktuje jak rozwiązanie sporu. Ale lekarze z kliniki hematologii i onkologii dziecięcej uważają, że podwyżki są niewystarczające i nie wycofują wypowiedzeń. Ich termin upływa z końcem marca. Jeżeli do tego czasu zabraknie porozumienia, odejdą z pracy, a klinika zostanie zamknięta. Wtorkowe spotkanie toczyło się za zamkniętymi drzwiami, ale po wyjściu rodzice zgodnie mówili, że nawet trochę nie przybliżyło rozwiązania problemu. - Próbowałem kilka razy wymusić na dyrekcji odpowiedź, czy klinika zostanie zlikwidowana. Dyrektor odpowiedział trochę wykrętnie, że szpital nie zamierza tego robić. Jednocześnie twierdził, że sytuacja szpitala jest zła, i nie stać go na powiększanie długu - relacjonuje ojciec jednego z dzieci. - Takie spotkania nic nie dają - stwierdziła po wyjściu jedna z matek. Agnieszka Osińska, rzecznik szpitala, przyznaje, że to było męczące dwie godziny. - Ze strony dyrekcji jest wola rozwiązania problemu. Nadal będą rozmowy z lekarzami hematologii. Porozumienie podpisane przez związki zawodowe traktujemy jako obowiązujące wszystkich lekarzy - mówi. Ale to, co dyrekcja nazywa porozumieniem, lekarze określają tylko protokołem. - Jest w nim zdanie, że porozumienie zostanie dopiero zwarte. Jeszcze go nie podpisaliśmy - twierdzi Teresa Odój lekarz z kliniki hematologii i onkologii dziecięcej. I dodaje: - Nasze żądania się nie zmieniły: 4 tys. zł brutto plus przedyskutowanie kwestii nowego regulaminu pracy - mówi. Medycy z kliniki uważają, iż szpital powinien płacić im więcej nawet wtedy, kiedy odpoczywają po dyżurze. Tłumaczą to tym, że muszą być ciągle gotowi, by na wezwanie wrócić na oddział. Dyrekcja DSK obstaje przy swoim zdaniu. - Płacenie za te godziny jest niemożliwe, właśnie ze względu na regulamin szpitala. A ten oparty jest na kodeksie pracy - odpowiada Osińska. Żeby móc wypłacić większe pensje, szpital przy Chodźki szuka oszczędności wszędzie. Z kilku oddziałów znikną podwieczorki i drugie śniadania. Zdaniem dyrekcji duża część tej żywności jest wyrzucana i się marnuje. Rodzice małych pacjentów chcą się jeszcze spotkać z dyrektorem lubelskiego NFZ. Łukasz Semeniuk, rzecznik prasowy funduszu, zapewnia, że nie będzie z tym problemu. Ale dodaje, że NFZ nie ma możliwości rozwiązania problemu DSK. - To sprawa między dyrekcją a pracownikami - zastrzega. Klinika hematologii i onkologii dziecięcej ma miejsce dla 36 małych pacjentów. Przyjmuje dzieci ze wszystkimi chorobami nowotworowymi. Specjalizuje się w leczeniu białaczki, chłoniaków złośliwych, choroby Hodgkina, wszystkich nowotworów litych (mózgu, kości, tkanek miękkich, zarodkowych), różnych postaci niedokrwistości, skaz krwotocznych (małopłytkowość i hemofilie). W klinice leczona jest najpoważniejsza postać niewydolności szpiku - anemia plastyczna.  |